|
Wybory - hołd oddany władzy |
|
|
|
|
 Fluktuacja kadr w PZPR-owskim Politbiurze bywała większa niż w wielu naszych samorządach. W języku potocznym „komuna” oznacza dziś w Polsce brak wolności, choć właśnie o wolność walczyli paryscy komunardzi. Komunę paryską utopiono we krwi. Polskich komunistów z KPP zamordował Stalin. Ale komuna się odradza, bo bunt jest ostatnią nadzieją niewolnika. O wolność i zapisane w Konstytucji PRL ludowładztwo upomnieli się stoczniowcy w 1980 r., tylko po to, żeby w 30 lat później wygwizdać wybitnych antykomunistów u władzy. I tyle mogą, mogą sobie pogwizdać. Bo komuna rozumiana jako brak wolności wróciła i ma się jak najlepiej. Ludzie rozczarowani transformacją wołali, „Komuno wróć!” i głosowali na Kwaśniewskiego. Ale chodziło im o wczasy, elementarne zdobycze socjalne, zatrudnienie, leczenie i dostęp do kultury dla każdego. Tymczasem komuna wróciła jako brak wolności. Nikt nigdy tak krótko nie trzymał pracowników, ludu za mordę jak korporacje, banki, politycy wszystkich szczebli. Spróbujcie zrobić z robotnikiem na budowie wywiad na temat warunków pracy, a zrozumiecie od razu co mam na myśli. Ludzie milczą, spuszczają głowy i czmychają przed kamerą, mikrofonem, dziennikarzem, bo się boją. Boją się nie bez racji, skoro zaledwie 8% pracowników należy do jakiegoś związku zawodowego, a każda próba powołania związku kończy się zwykle zwolnieniem z pracy. W „wolnych” dziś mediach społeczeństwo, ci którzy w swej zdecydowanej większości zarabiają mniej niż 1600 zł na miesiąc są po prostu nieobecni. Nie tylko nie mają związków, swojej partii, ale nawet prawa głosu. Każdy, kto się wychyli ląduje na bruku, a od bezrobocia już tylko krok do eksmisji z mieszkania. Za to władza ta, która hucznie świętuje nastanie nowych wspaniałych czasów, nie poddana żadnej kontroli rozbitego i niesolidarnego społeczeństwa robi, co chce. Panoszy się dużo bezczelniej niż kiedyś partyjni sekretarze. Prezydent miasta, burmistrz czy wójt, żeby nie wiem jakim był kretynem, złodziejem czy kanalią w 90% może liczyć na ponowny wybór w nadchodzących wyborach samorządowych. Fluktuacja kadr w PZPR-owskim Politbiurze bywała większa niż w wielu naszych samorządach. Bo to władza rządzi umysłami, to ona zajmuje cały ekran telewizyjny, to ich twarze straszą z gazet, to ich słuchamy ciągle w radio. Im bardziej oni są wszechobecni tym bardziej nas nie ma w ogóle. Ta medialna wszechobecność wysługujących się bankom, korporacjom i lokalnemu biznesowi aparatczyków samorządu terytorialnego daje im monopol, który da się porównać z wyborami z dawnych lat, kiedy cały naród głosował na kandydatów z list Frontu Jedności Narodu. Poseł, radny, który jest grzeczny i nie podpada partyjnym wodzom i baronom może być spokojny, że do emerytury dociągnie na koszt podatnika reprezentując ludność, którą wyraża zainteresowanie tylko jako elektoratem i tylko w czasie kampanii, zapominając o nich w następny dzień po wyborach. Demokracja, podobnie jak w PRL-u, stała się periodycznie odbywanym rytuałem wyborczym, po którym władza staje się absolutna i niemożliwa do kontrolowania. Niezależne sondaże wyborcze prowadzone na Białorusi przez zachodnie pracownie badawcze dają Łukaszence zwycięstwo na poziomie 65%. Zachodnia opinia oburza się, że przyczyną jest nie dopuszczenie opozycji do środków przekazu. I o to chodzi. W Polsce też prawie się nie zdarza żeby w telewizji pojawił się ktoś, kto kwestionuje obecny system społeczno-polityczny, prywatyzację, kapitalizm. Łukaszenko powiada: „naród mnie kocha i co w tym złego, że na mnie głosują”. Zachód drze szaty: No przecież Białorusini zostali zindoktrynowani przez rządową propagandę!” A u nas to, co? Inaczej? W kraju gdzie pracuje się najdłużej, a zarabia się najmniej w Unii Europejskiej obowiązuje propaganda sukcesu. Cała klasa polityczna dmie w jedną trąbkę, a jeżeli się już o coś pokłócą, to o rzeczy dla społeczeństwa trzeciorzędne. Goebbels napisał: „największą sztuką jest stworzyć pozory różnorodności, aby ukryć jednorodność”. Nauka nie poszła w las. Różnice w ważnych sprawach społeczno-politycznych, takich jak podział dochodu narodowego, polityka socjalna, system podatkowy, prawa pracownicze, pomiędzy PO, PiS, SLP i PSL nie są zauważalne gołym okiem. Ale mamy nie jedną a cztery partie, które wspólnie i w porozumieniu krzywdzą społeczeństwo, mając pewność, że mogą liczyć na dowolną ilość następnych kadencji. Gdyby rada miasta, gminy czy Sejm mogły być zmuszane do zajmowania się prawdziwymi problemami ludności wyzyskiwanej w pracy, stojącej po nocach w kolejkach do lekarza, tracącej każdą wolną przestrzeń publiczną, każdy skrawek parku czy skwer na rzecz deweloperów, to musiałaby się zbuntować przeciwko swoim mocodawcom. Tym, którzy rządzą naprawdę z tylnego siedzenia, przeciwko grupie, która mając pieniądze trzyma władzę. Gdyby podjęła te tematy, wydałaby na siebie wyrok. Bo kapitał jest wszechmocny, ale ludzie bezradni. Porządek obrad posiedzeń Sejmu czy organów samorządu wynika w większości z tego, co jest przedmiotem medialnej kłótni w rodzinie politycznej elity. Żeby coś do tego porządku ważnego dla zwykłego obywatela wrzucić trzeba zebrać (w przypadku Sejmu) 150 000 podpisów i bardzo długo czekać. Tylko nieliczne samorządy przewidują obywatelska inicjatywę uchwałodawczą. Żeby zerwać z demokracją raz na cztery lata i zastąpić ją demokracją na co dzień, o taką inicjatywę i takie prawo trzeba się bić. Wtedy obywatele będą mogli zmusić radnych do zajmowania się czymś, co jest dla nich ważne, a nie tylko kłócenia się o koryto za nasze pieniądze. Piotr Ikonowicz . |
|
|
Polska scena polityczna w 2010 |
|
|
|

Antidotum na znieczulicę, atomizację, obojętność wobec krzywdy ludzkiej jest empatia: zdolność współodczuwania z cierpiącym, stawianie się w jego sytuacji, utożsamianie się w myślach, aby poczuć to, co on czuje. To jednak w dobie powszechnego przerażenia w świecie gdzie lepiej się nie badać, bo i tak nie ma się jak leczyć, zadanie trudne albo niemożliwe. Nikt nie chce nawet pomyśleć jak to jest być odtrąconym, wyeksmitowanym, wyrzuconym poza nawias. To akurat jest powszechnie wypierane ze świadomości. I to ten strach przed pomyśleniem pozwala piętnować ofiary systemu przy gromkim poparciu tych, których kolej jeszcze nie nadeszła. Przed obiektywnym, a więc jeszcze nie bardzo przerażonym widzem teatru zdarzeń społecznych stoi wybór. Albo mamy złych ludzi, których przybywa i których spotyka zasłużona kara w postaci biedy za grzechy albo to system rodzi coraz liczniejsze, niewinne ofiary, a przeciwstawienie mu się zanim się powiększy grono ofiar jest jedynym racjonalnym wyborem. Decydujcie, póki nie jest za późno. Decyzje podjęte po wykluczeniu społecznym tracą na wadze.
Polska scena polityczna roku 2010 jest wciąż daleka od jakiegoś trwałego kształtu. Od początku transformacji ustrojowej charakteryzowała się ona pojawianiem się coraz to nowych partii politycznych, które znikały, aby ustąpić pola innym. Jednak od kilku lat coraz częściej mówi się o kształtowaniu się w Polsce systemu dwupartyjnego. Łączne notowania Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości sięgają ponad 80%, a spór między tymi formacjami dominuje debatę publiczną. Zarówno będące w koalicji rządowej z liberalną PO Polskie Stronnictwo Ludowe, jak i opozycyjny Sojusz Lewicy Demokratycznej schodzą coraz bardziej na margines życia politycznego nierzadko znajdując się na przemian w sondażach poniżej 5-procentowego progu wyborczego. Ludowcy z oczywistych względów nie artykułują żadnej wyrazistej opcji ideowej czy programowej, pozostając tłem dla Platformy Obywatelskiej. Sojusz Lewicy Demokratycznej tymczasem nie potrafi przelicytować głównej partii opozycyjnej PiS w żądaniach socjalnych i atakach na rząd. Dla zrozumienia polityki polskiej Anno domini 2010 trzeba jednak wiedzieć, że system partyjny ani demokracja nie zapuściły zbyt głęboko korzeni w polskim społeczeństwie i są bardziej zjawiskiem medialnym, wirtualnym niż faktem społecznym. Wystarczy, że sobie uświadomimy, że wszyscy członkowie partii politycznych zarejestrowanych w Rzeczpospolitej Polskiej zmieściliby się na jednym dużym stadionie piłkarskim. Partia rządząca przyznaje się do 50 000 członków, ale w prawyborach mających wyłonić kandydata na prezydenta PO, wzięła udział zaledwie połowa tej liczby. W przypadku partii grupującej ludzi wykształconych, nieźle sytuowanych i zamieszkujących w dużych ośrodkach miejskich taka frekwencja dziwi i każe się zastanawiać nad wiarygodnością danych o jej liczebności. Nie jest dziełem przypadku, że PO ma najwięcej członków, choć wyniki sondażowe wskazywałyby na to, że powinno ich być znacznie więcej. Wypada, bowiem się pochylić nad zagadką, dlaczego w kraju liczącym 38 milionów mieszkańców, partia osiągająca w sondażach dość regularnie 50 a nawet więcej procent poparcia liczy zaledwie 50 000 członków? Aby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba wyjaśnić, na jakiej zasadzie i kto wstępuje w Polsce do partii politycznych. Otóż, kiedy się idzie na zebranie wyborcze partii rządzącej uwagę zwraca fakt, że większość obecnych ma na sobie garnitury, strój roboczy urzędników. I rzeczywiście, ci ludzie są na zebraniu w godzinach pracy. Są to ludzie, którzy swe stanowiska pracy zawdzięczają partii. Partie przypominają biura pośrednictwa pracy, załatwiające budżetowe posady w samorządzie, administracji państwowej i firmach państwowych swoim członkom i ich rodzinom. Liczebność partii politycznych wzrosła znacząco po reformie samorządowej rządu Jerzego Buzka (Akcji Wyborczej Solidarność), który wprowadzając trzyszczeblowy system samorządu w znaczący sposób zwiększył ilość posad do obsadzenia przez partie wygrywające wybory. Słowem 50 000 to liczba trudna do przekroczenia, bo więcej posad w nomenklaturze żadnej partii rządzącej do wzięcia w państwie nie ma. Wszystkie partie rządzące się do niej zbliżają, aby jej nigdy nie przekroczyć. Brak wyraźnych zasad ideowych i wyrazistych ideologicznie programów sprawia, że często te same stanowiska w administracji zajmują ci sami ludzie należący kolejno do różnych partii rządzących. Zjawisko to może być korzystne ze względu na pewną ciągłość i kumulowanie doświadczenia służb publicznych, ale obnaża utylitarny, pragmatyczny by nie rzec cyniczny stosunek do polityki wśród tych nielicznych obywateli i obywatelek RP, którzy decydują się przystąpić do jakiejś partii politycznej.
|
|
Więcej…
|
|
NIE dla jednomandatowych okręgów wyborczych! |
|
|
|

W Polsce pojawia się coraz więcej głosów na rzecz wprowadzenia ordynacji większościowej i jednomandatowych okręgów wyborczych do parlamentu czy samorządów – inicjatywa jow.pl zyskuje coraz więcej głosów poparcia, a rządząca Platforma Obywatelska proponuje wprowadzenie tego systemu w wyborach samorządowych. Panuje konsensus, że polski system wyborczy, oparty na ordynacji proporcjonalnej, wymaga gruntownej reformy, a projekt JOW obiecuje odpowiedzialność parlamentarzystów przed wyborcami, przejrzystość i wiele innych rzekomych zalet. W rzeczywistości jednak pogłębi jedynie problemy polskiej sceny politycznej.
System JOW obowiązuje m.in. w Wielkiej Brytanii i USA. Jest bardzo prosty i na tym polega jego złudny urok - kraj czy region podzielony jest na tyle niewielkich okręgów wyborczych, ile jest mandatów do zdobycia. Z każdego z nich wybierany jest tylko jeden kandydat, który otrzyma największą część głosów. Brzmi ładnie? W praktyce deformuje wyniki wyborów i zmniejsza reprezentatywność. Oto dlaczego:
1. Zwycięzca bierze całą pulę. Obywatele należący do „przegranych” w swoim okręgu nie mają żadnej reprezentacji i są de facto wykluczeni z procedur demokratycznych, choć w przypadku podziału ich głosów mogą nawet stanowić większość wyborców! Terytorialne zakorzenienie poszczególnych opcji politycznych często powoduje, że lojalny wyborca niepopularnego w swoim miejscu zamieszkania ugrupowania przez całe życie głosowania nigdy nie wpłynie na wybór ani jednego kandydata. Z takim problemem borykają się np. brytyjscy konserwatyści w zdominowanej przez Partię Pracy Szkocji czy amerykańscy Demokraci w konserwatywnych, republikańskich stanach Południa.
2. Proporcje głosów oddanych w skali kraju często mają niewiele wspólnego z podziałem mandatów. Wyjątkowo skrajny przykład miał miejsce przy okazji niedawnych wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii, gdzie partia Liberalnych Demokratów zyskała jeden punkt procentowy głosów, ale straciła sześć mandatów – tylko dlatego, że tym razem więcej głosów padło w okręgach, gdzie i tak wygrali jej konkurenci.
3. W związku z powyższym terytorialny podział okręgów wyborczych staje się jednym z głównych wyznaczników podziału mandatów. W USA powstało nawet specjalne określenie, gerrymandering, na walkę polityczną prowadzoną poprzez zmienianie granic okręgów tak, by dopasować je do sondażowych wyników w sposób optymalny dla swojego kandydata. Czy to o to powinni spierać się przed wyborami nasi reprezentanci?
4. Pod wpływem JOW powstaje system dwupartyjny, zamknięty na wpływ z zewnątrz. Powoływanie nowych ugrupowań mogących realnie kontestować wybory staje się w zasadzie niemożliwe. W systemach wielopartyjnych główne ugrupowania muszą liczyć się z tym, że w przypadku niezadowolenia stracą wyborców na rzecz mniejszych partii, czekających tylko na ich potknięcia, a jeśli te urosną w siłę – wynik wyborów może narzucić koalicję. Natomiast przy JOW dwa molochy, pozbawione konkurencji, kostnieją we własnych strukturach.
5. Ordynacja JOW odbiera władzę wyborcom, a przekazuje ją aparatom partyjnym. Zwolennicy tej ordynacji wiele mówią o możliwości startu kandydatów niezależnych, jednak ostatecznie stanowią oni zwykle niewielką część parlamentarzystów, pozostającą w opozycji. Do rządzenia potrzebne jest zaplecze organizacyjne, programowe i finansowe, które zapewniają partie. W przypadku wielomandatowych okręgów mamy do wyboru wiele partii, a z każdej z nich kilku kandydatów – o różnych specjalnościach, wpisujących się w różne nurty. Natomiast w przypadku JOW to struktury partyjne wybierają spośród siebie jedną osobę, którą wystawią w wyborach. Oznacza to tyle, że choć oba stronnictwa są – niejako z przymusu – wielonurtowe i obejmują wiele poglądów, niepartyjny wyborca nie ma możliwości poparcia preferowanego przez siebie skrzydła partii. Zamiast tego dominacja takich czy innych poglądów w łonie partii jest wyznaczana przez frakcyjne rozgrywki, zamknięte dla zwykłych obywateli.
System wyborczy w Polsce szwankuje – to jasne, ale mamy problemy, które JOW jedynie pogłębi. Przez stosowanie faworyzującego duże partie przelicznika d’Hondta i bardzo wysokiego, pięcioprocentowego progu wyborczego, system partyjny jest całkowicie zamknięty na nowe ugrupowania. Zbyt wielu wyborców musi zadowalać się „mniejszym złem”, jakkolwiek by go nie pojmowali. Jest to tym bardziej odczuwalne w samorządach, które powinny być przecież polem dla oddolnych ruchów społecznych, ale wskutek bezlitosnej matematyki wyborów są jeszcze bardziej zdominowane przez największe partie niż parlament.
Nie musimy wybierać pomiędzy obecnym systemem a jednomandatowymi okręgami wyborczymi. Jest mnóstwo możliwości reformy, jak choćby wprowadzenie, wzorem krajów Skandynawskich i Niemiec, przelicznika Sainte-Lague, dającego większy wpływ mniejszym partiom, lub wzorem Australii – ordynacji preferencyjnej, w której zamiast głosować na tylko jednego kandydata, szeregujemy kilku najlepszych zgodnie ze swoimi przekonaniami, by nie marnować głosów i nie głosować taktycznie. Wybierzmy model, który uczyni naszą demokrację bardziej sprawiedliwą i bardziej reprezentatywną, a nie mniej – powiedzmy NIE jednomandatowym okręgom wyborczym!
|
|
Atak na konwój - 19 zabitych, na statku Ewa Jasiewicz |
|
|
|
|
Dziś, 31 maja o godz. 15.30 udamy się pod ambasadę Izraela, żeby potępić zbrodnię jakiej dopuściło się izraelskie wojsko na cywilnym konwoju humanitarnym płynącym na pomoc ludności w Strefie Gazy . W wyniku ataku na konwój zginęło 19 cywilnych aktywistów. Jest to zbrodnia wojenna i jako taka powinna być osądzona według międzynarodowych praw i standardów. Jeśli społeczność międzynarodowa i polskie władze nie podejmą stosownych kroków i sankcji w celu osądzenia zbrodni i zadośćuczynienia ze strony Izraela lecz potraktują Izrael jako wyjątek, któremu wszystko wolno, to hańba okryją siebie i prawo międzynarodowe. Z tym przesłaniem idziemy pod ambasadę państwa, które od lat jest okupantem i agresorem. Barbarzyństwu należy powiedzieć STOP. Niżej relacja z portalu Wirtualna Polska  Izraelscy żołnierze transportują rannych (fot. AFP) NPB("004"); NPB("007"); NPB("008"); NPB("010"); NPB("011"); NPB("012"); NPB("013"); NPB("017"); 19 osób zginęło na skutek ataku izraelskich okrętów wojennych na konwój sześciu statków z pomocą humanitarną dla Strefy Gazy - poinformowała agencja Reutera. Na jednym ze statków znajdowała się Ewa Jasiewicz z Ruchu Wolna Gaza i redakcji polskiej "Le Monde diplomatique" - poinformował redaktor naczelny miesięcznika, Przemysław Wielgosz. Określił on izraelską operację "aktem barbarzyństwa i piractwa". Unia Europejska wezwała do przeprowadzenia śledztwa w tej sprawie. Z doniesień wynika, że izraelska marynarka otoczyła wszystkie statki konwoju, ale dokonała abordażu tylko na jeden z nich. Według arabskiej telewizji Al Jazeera, do zdarzenia doszło na wodach międzynarodowych, 65 km od brzegów Strefy Gazy. Akcja zakończyła się przejęciem jednostek. Osoby, które miały płynąć na statkach, przeszły szkolenie, jak zachowywać się wobec izraelskich żołnierzy nie używając przemocy Przemysław Wielgosz, Le Monde Diplomatique Izraelska telewizja podała, że w wyniku operacji zginęło 19 aktywistów. Wcześniejsze doniesienia mówiły nawet o 26 ofiarach śmiertelnych, a według organizacji pomocowej "Flotylla Wolności", w ataku zginęło 16 osób. 15 z nich to Turcy, narodowość jednej ofiary jest nieznana. Jak pisze agencja Reutera, bilans ofiar może być większy, gdyż izraelscy komandosi, którzy wkroczyli na statki z pomocą, dokonują przeszukań i spotykają się z ostrym sprzeciwem ze strony propalestyńskich działaczy. Konwój składał się z dwóch statków transportowych, promu i trzech jachtów. W niedzielę rano opuścił terytorialne wody cypryjskie. Statki prowadziła turecka jednostka z 600 osobami na pokładzie. Izrael od początku zapowiadał, że nie pozwoli dotrzeć statkom do rządzonej przez radykalny palestyński Hamas Strefy Gazy. Na pokładzie jednego ze statków znajdowała się Ewa Jasiewicz, obrończyni praw człowieka polskiego pochodzenia, która urodziła się w Londynie. Około trzech godzin przed wydarzeniem rozmawiała telefonicznie z Przemysławem Wielgoszem. - Mówiła, że spodziewają się uderzenia, bo Izrael już wcześniej atakował międzynarodowych aktywistów - wyjaśnia Wielgosz w rozmowie z Wirtualną Polską. - Potem izraelska armia zablokowała połączenia satelitarne - mówi dziennikarz.
|
|
Więcej…
|
|
Merk, socjalistka z głębokiego Zachodu |
|
|
|
|
Wywiad z Moniką Merk, działaczką Die Linke w Berlińskiej dzielnicy Spandau, kandydatką tej partii do Bundestagu
Nowa Lewica: Jesteś działaczką Die Linke. Co to znaczy? Czy jesteś socjalistką, komunistką, socjaldemokratką?
Monika Merk: Czuję się socjalistką. Partia Die Linke jest partią pluralistyczną. Należą do niej również komuniści. Istnieje w partii Platforma Komunistyczna. Jest też Lewica Socjalistyczna. Jest też grupa określająca się jako Forum Demokratycznego Socjalizmu. Ja sama współpracuję z Lewicą Socjalistyczną. Ja pochodzę z domu robotniczego.
NL: Ty jesteś Wessi czy Ossi?
MM: Pochodzę z głębokiego Zachodu. Urodziłam się w Północnej Westfalii. I wychowałam się w zachodniej części Dolnej Saksonii. Mając 21 lat wstąpiłam do Socjalistycznej Partii Jedności Berlina Zachodniego. Ta partia jawiła mi się jako partia pokoju.
NL: A czym się różni lewica socjalistyczna w Die Linke od Platformy Komunistycznej?
MM: Różnice nie są takie wielkie, bo obie grupy mają charakter antykapitalistyczny.
NL: To dlaczego są osobno?
MM: Platforma Komunistyczna pochodzi z PDS (Partii Demokratycznego Socjalizmu), podczas gdy Lewica Socjalistyczna powstała po połączeniu lewego skrzydła SPD z PDS w nową partię Die Linke. Obie grupy wspólnie walczą w ramach zjednoczonej partii na rzecz tworzenia alternatywy dla systemu kapitalistycznego.
NL: Czy Die Linke jest partią antykapitalistyczną?
MM: Jak dotąd Die Linke sformułowała tylko pewne zasady programowe, ale programu jako takiego jeszcze nie ma. W tych zasadach, które powstały przed dwoma laty jest mowa o demokracji w gospodarce, ale w ogóle nie jest poruszona kwestia własności. Nad projektem programu pracuje komisja, do której należą przedstawiciele wszystkich nurtów obecnych w partii, także przewodniczący Lothar Bisky oraz Oskar Lafontaine. Projekt zakłada między innymi nacjonalizację dużej części sektora bankowego jak też i to, że znaczna część strategicznych gałęzi gospodarczych także powinna należeć do sektora publicznego. Zakłada on także podniesienie płacy minimalnej. Wycofanie się Niemiec z udziału w wojnach na terytoriach innych krajów. W projekcie mówi się o cofnięciu antyspołecznych zmian ustawodawstwa socjalnego znanych jako ustawa Hartza, które obniżają minimalny dochód gwarantowany przez państwo. Ważnym elementem jest także przebudowa ekologiczna systemu. |
|
Więcej…
|
|
|