|
BLISKIE SPOTKANIA TRZECIEGPO STOPNIA |
|
|
|
|
Wpisał Administrator
|
|
czwartek, 11. czerwiec 2009 08:26 |
|
Mój głos nie został zmarnowany. Oddałem go na osobę, która podjęła walkę z systemem. Podczas tych wyborów policzyliśmy się, aby stwierdzić, że jest nas mało. Jednak jesteśmy. Zadaniem systemu jest nas całkowicie wyeliminować zanim się zacznie. Żeby na samym dnie kryzysu ludzie sobie o nas nie przypomnieli. Bo wtedy różnie może być. Po tym jak załatwili Samoobronę trzeba się mieć na baczności. Każdemu, kto się wychyli mogą spreparować jakąś aferę gruntową. Im lepiej będzie nam szło, tym więcej będzie prowokacji. Pracują też nad tym by złamać naszego ducha. Mówią nam: wasze wysiłki są daremne. Cokolwiek zrobicie i tak jest skazane na klęskę, marginalizację i jest pozbawione znaczenia. Część tych, którzy się tak wypowiadają to zwykłe gnoje i zawistnicy, część pracuje na etatach i ma mnóstwo czasu, żeby nas zniechęcać do dalszego oporu. W moim przypadku to jest całkowicie próżny trud. Ja i moje środowisko polityczne przeżywamy wspaniały okres. Po raz pierwszy, po latach walenia głową w ścianę, wystawania z ulotkami pod fabrykami, klejenia plakatów z kontaktowym numerem telefonu, wiecowania i pikietowania, zaczęliśmy robić rzeczy, które dają głębokie poczucie sensu. To coś to Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej. Właściwie każdego tygodnia zdarza się kilka wspaniałych zwycięstw, które uskrzydlają. Udana blokada, negocjacje, wygrana sprawa w sądzie, zdjęte zajęcie komornicze, przywrócenie lokatora w poczet członków spółdzielni, wydeptany dla samotnej matki z dziećmi lokal komunalny, to wszystko daje nam radość, siłę i poczucie, że nareszcie jesteśmy nie tylko „słuszni”, ale skuteczni i potrzebni. Niedawno wystąpiłem na Radzie Nadzorczej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na Żoliborzu. Rozpatrywano wniosek o wykluczenie pani Małgorzaty Bober, lokatorki, której zaległość czynszowa wynosiła 5 000 złotych. Pani Małgorzata w wyniku ciężkiej choroby miała amputowane obie nogi. W swoim wystąpieniu do kilkudziesięciu członków Rady przypomniałem chlubne PPS-owskie tradycje WSM-u i starałem się ich zawstydzić. Poskutkowało. Rada nie tylko nie wykluczyła inwalidki ze Spółdzielni, ale też WSM przelał na konto KSS 3000 zł. z przeznaczeniem na spłatę zadłużenia czynszowego pani Bober wobec tejże spółdzielni. Całe zdarzenie sfilmował student dziennikarstwa w ramach zajęć na uczelni i dostał piątkę. Film wkrótce będzie dostępny na youtube. Osobnym rozdziałem tej walki są zmagania z komornikami. I tu też się udało nadspodziewanie. Szefem Krajowej Rady Komorniczej jest niejaki pan Kulągowski. To jest to samo bydlę, które podczas blokady eksmisji na Grochowie podszedł do mnie i zaproponował mi schowanie pod dywan nakazu egzekucyjnego przeciwko mnie wynikającego z przegranej przeze mnie sprawy o zniesławienie rzecznika interesu publicznego (lustrator) sędziego Nizieńskiego, w zamian za odstąpienie od blokady. Potem ten sam cwaniaczek był u mnie w domu i straszył moją Agatkę, że przyjdzie i wszystko pozabiera co ma jakąś wartość w ramach egzekucji mojego długu. Zostawił jakiś papier i kiedy zadzwoniłem żeby to wyjaśnić do jego kancelarii okazało się, że podany numer sprawy dotyczy zupełnie kogo innego, a wizyta komornika była częścią odwetu i kampanii nękania. Wkrótce jednak miałem okazję odegrania się na tym draniu. Przyszła do Kancelarii klientka, której tenże Kulągowski próbował za 20 tys. długu zlicytować mieszkanie warte 600 tysięcy. W tym celu wstrzymywał przekazywanie jej spłat wierzycielom, dezinformował ich i napuszczał. Na szczęście pismami przeciwegzekucyjnymi i negocjacjami udało się doprowadzić do odwołania komornika (odstąpienia od licytacji i egzekucji komorniczej) na drodze porozumienia ze wszystkimi wierzycielami: dwoma bankami i spółdzielnią mieszkaniową. Także śmiało mogę za Kwintą z Vabanku powtórzyć :Ucho od śledzia, panie Kulągowski! Wszystko to można by zaliczyć do kategorii „fart i wyjątek potwierdzający regułę”, gdyby nie fakt, że moja Agatka ma już kilka podobnych sukcesów. Ostatnio udało jej się wygrać dla człowieka, którego siostra pozbawiła mieszkania, bo siedział w więzieniu, wyrok przywracający posiadanie, czyli klucze do tegoż mieszkania i perspektywę ponownego zawiązania umowy najmu. W Lublinie natomiast tamtejsza ekipa lewicowa z Jarkiem Niemcem na czele idzie od sukcesu do sukcesu nagłaśniając w lokalnych mediach działania Kancelarii w stopniu, który tu w stolicy jest nieosiągalny. Górnik-adwokat, który wygrywa w sądach sprawę za sprawą, może się okazać jeszcze lepszym promotorem sprawiedliwości społecznej, niż we Francji listonosz-trockista. Warto jednak wyjaśnić, że obaj (Besancenot i Niemiec) mają wyższe wykształcenie i znakomite marksistowskie przygotowanie. Od dłuższego czasu toczy się w naszym środowisku spór o sensowność działań politycznych, partyjnych przeciwstawianych w dyskusji działaniom społecznym. Trockiści, którzy odeszli niedawno z NL utrzymywali, że zbyt duży nacisk kładziemy na działania Kancelarii zaniedbując tym samym partię. Z kolei anarchiści czy nasi czerwoni anarchiści z LA, sojusznicy w ruchu lokatorskim uważają, że tylko działania społecznikowskie mają sens, a partie to moralna zgnilizna. Odrzucamy te skrajne stanowiska. W miarę upływu czasu granica między KSS i NL się zaciera, a większość lokatorów uważa, że należy się bić o miejsca w samorządzie, bo to pozwoli na skuteczną obronę ich interesów. Przy czym jesteśmy świadomi, że formułę startu w wyborach samorządowych trzeba wypracowywać wspólnie z PPS, PPP, PD, MS, LA tak jak to zaczęto już robić na Lubelszczyźnie. Tak więc to, że pewna grupa lokatorów niosła czerwone flagi NL 1 maja, nie wynika tylko czy przede wszystkim z chęci odwdzięczenia się za udzieloną pomoc, ale głównie z rodzącej się w nich lewicowej świadomości politycznej. W końcu sama nazwa Kancelarii przyciąga raczej tych poszkodowanych, dla których pojęcie „sprawiedliwość społeczna” coś znaczy. Dziś mamy pierwsze zebranie w nowym lokalu na Grochowie. Lokal, udostępniony nam przez Samoobronę będzie likwidowany, wobec braku sukcesu wyborczego tej partii. Trwający kilka miesięcy remont sprawił, że mam do tego nowego miejsca bardzo osobisty stosunek. To jest taki nasz czyn społeczny, którego efekty zobaczyć można gołym okiem. Są osoby, niestety częściowo takie, które niedawno od nas odeszły, które tryumfalnie ogłaszają, że Nowej Lewicy już nie ma, bo jest nas mało. To prawda, że jest nas mało. Ale ja się tym specjalnie nie przejmuję, bo jeżeli ta garstka ludzi nie wspomagana funduszami zewnętrznymi z żadnej fundacji ani związku zawodowego umiała stworzyć Kancelarię Sprawiedliwości Społecznej, to znaczy, że liczebność nie jest taka ważna jak jakość szeregów partyjnych. Dowiedzieliśmy się niedawno zaglądając do KRS-u, że LA to „Stowarzyszenie na rzecz Sprawiedliwości Społecznej”. I zrobiło mi się bardzo przyjemnie,. Ci, którzy naprawdę coś robią, a LA robi kapitalną robotę w ruchu lokatorskim, wychodzą z prawie identycznych pozycji ideowych. Oni też są „lewakami”. Kampania Mieszkanie prawem nie Towarem, Warszawskie Stowarzyszeni Lokatorów okazały się sukcesem. W jakimś sensie nasi sojusznicy w ruchu lokatorskim są bardziej „partyjni” od nas. Częściej robią zebrania i akcje o charakterze ogólnym, podczas gdy my zakopaliśmy się w organicznikowskiej pracy u podstaw, czyli w pozwach, apelacjach, negocjacjach, itp. Wreszcie dużo częściej wychodzą ze swoim lokatorskim aktywem na ulicę. Trockiści zarzucają nam, że jesteśmy nie dość polityczni, anarchiści, że jesteśmy polityczni, czyli być może znaleźliśmy już „złoty środek?” Moje dążenia do jednoczenia i współpracy są dość często wyszydzane. Ja się nie gniewam ani nie obrażam. Nasz ruch musi jeszcze dojrzeć do współpracy i jedności w różnorodności. Nie wątpię jednak, że już niedługo przyjdzie moment, kiedy my lewacy RP znajdziemy się na jednej platformie politycznej. Są dwa scenariusze: jeden to partnerstwo, ale już Fromm pisał jak bardzo jest o nie trudno, albo sukces jednego z ugrupowań i dołączenie się pozostałych. Stawiam jednak na partnerstwo, bo jakoś nie widzę, żeby ktokolwiek z nas miał odnieść spektakularny sukces bez udziału pozostałych. Trzeba zacząć razem szukać formuły. Takiej, która przyciągnie do polityki tysiące, a potem dziesiątki tysięcy i tak dalej, zwykłych ludzi, którzy od 4 czerwca 1989 r. przegrywają wszystkie wybory, chociaż są większością. Musimy szukać języka, który pozwoli ludziom uświadomić ich klasowy interes bez odwoływania się do terminologii walki klas. To będą takie „bliskie spotkania trzeciego stopnia” między nami kosmitami, a mieszkańcami ziemi (tej ziemi). Mają rację ci, którzy utrzymują, że poza działaniem, które w swoim zadufaniu i arogancji nazywają „działactwem”, potrzebna jest wielka praca intelektualna. Ale cała ta „myślówa”, bez działania, bez organizowania i wygrywania drobnych społecznych potyczek nie ma sensu i pozostanie jedynie elitarną zabawą w politykę. |
|
Kamień Pomorski: kapitalizm zabija! |
|
|
|
|
Wpisał Administrator
|
|
sobota, 18. kwiecień 2009 09:16 |
Za trzy godziny zaczynamy kolejny subotnik. Będziemy wstawiać okna w nowej siedzibie Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Na Grochowie. W suterenie wynajętej od miasta za dwieście złotych miesięcznie. Tam gdzie mieszka prawdziwa bieda. Tam jest miejsce lewicy, nie na salonach. Wciąż toczymy tę debatę o tym jak uprawiać lewicową działalność polityczną, partyjną. I ciągle jesteśmy zamknięci w tym samym niszowym światku, o którym na zewnątrz pies z kulawą nogą nie wie. Nie da się obsiewać nagiej skały. Trzeba najpierw nawieźć ziemi, trzeba budować glebę społecznych ruchów, stowarzyszeń, związków zawodowych, spółdzielni, aby mieć jakiekolwiek szanse na budowę politycznie upodmiotawiającej zwykłych ludzi organizacji – partii. Dlatego NL się wciąż miotała, bo próbowała być związkiem , ruchem społecznym i partią jednocześnie. Można oczywiście udawać. Żyć w urojonym świecie i wciąż na nowo kreślić kampanie polityczne, strategię i taktykę w małym gronie szaleńców. Albo przyznać, że partia to kulminacja ruchu, a nie jego zarodek, początek. Partia to myśl polityczna, ale osadzona w realiach bieżących walk społecznych, a nie skostniała w historycznych paralelach z Leninem, Trockim czy rewoltą 1968 roku. To właśnie doświadczenia takich organizacji jak KSS czy Inicjatywa Pracownicza są pożywką do analizy układy stosunków społecznych oraz imperatywu walki klasowej, a nie nadgryzione już zębem czasu analizy minionych walk i przebrzmiałych kontekstów społeczno-gospodarczych. Świat tak szybko się zmienia, że używanie starych tekstów do prowadzenia aktualnej debaty jest obciążone coraz większym błędem. Najpierw pytanie: Skąd mają się wziąć kadry do walki z systemem, kadry partyjne? Ano z ruchu. Tylko, że teraz te potencjalne kadry podlegają zbyt dużemu wyzyskowi, żeby móc się angażować w działania społeczne czy polityczne. Trzeba najpierw organizować struktury oporu ekonomicznego – spółdzielnie pracy. Tylko uwolnienie tych ludzi od konieczności pracy w zwiększonym wymiarze godzin, pozwoli na ich uobywatelnienie i skuteczne zaproszenie do walki z systemem. I taki właśnie mamy plan. Obchodziłem kilka dni temu budynek Jasna 17 po reprywatyzacji, zbierając dane o lokatorach, ich sytuacji i udzielając porad jak walczyć z kamienicznikiem. W jednym z mieszkań spotkałem Krzyśka Izdebskiego, prawnika, przyszłego zięcia gospodyni. Oprowadzał mnie pan Robert. Kiedy już obeszliśmy wszystkie mieszkania zawitaliśmy do niego. Jego sytuacja była najgorsza. Pozostali z trudem, ale byli w stanie płacić czynsz narzucony przez właściciela na poziomie wartości odtworzeniowej 12,62 zł. Jego jednak na fali kryzysu właśnie zwolniono z pracy. Okazało się przy tym, że to były pracownik i związkowiec (Metalowcy) z FSO. Zna dobrze zarówno naszego Maćka Guza jak Zbyszka Kaźmierczaka. Akurat miałem szczęście i udało się Robertowi (bo od razu przeszliśmy na ty) robotę byle jaką (ale zawsze) załatwić, tak, że da radę. Utrzymanie umów jest ważne, bo w przeciwnym razie mieszkania zostaną stracone. Jasna 17 powinna się „odliczyć” na pochodzie 1 majowym. Malujemy już transparent: „Kamień Pomorski – kapitalizm zabija!” Ważne jest też wskazanie na chore proporcje między poziomem płac a wysokością czynszów. To jest bezpośrednia przyczyna, a także metoda obecnych „rugów mieszkaniowych”. Stąd narzuca się kolejne hasło pierwszomajowe: „Podnosić płace, a nie czynsze”. Bruno proponuje abyśmy jako NL skupili swą działalność na „wykuwaniu kadr”. Pojawiają się jednak zasadnicze pytania. Kogo szkolić. Do jakich środowisk adresować ofertę? No i jaki program szkoleń? Współczesny czy historyczny. Szkolimy jak robić rewolucję, czy zaczynamy od programu postępowych reform? Można wykładać alterglobalizm, ale w końcu jakiś horyzont, projekt polityczny musi w tym być. A my tego nawet nie zaczęliśmy poważnie omawiać. Nie ma tekstów programowych. Naszych tekstów. I jeżeli ich nie będzie to możemy być tylko kółkiem oświatowo-popularyzatorskim, a to już z polityką ma niewiele wspólnego. Może więc zamiast uczyć, pouczać, zorganizujemy otwarte dyskusje? Ty tylko, że na obecnym etapie, nasi potencjalni adepci ze zdumieniem odkryją, że najbardziej zażarta dyskusja toczy się między członkami NL. Może więc zacząć od szkicowania tych elementów programowych, pod którymi wszyscy w partii mogą się podpisać, które łączą, a nie dzielą? W perspektywie jest przecież integrowanie w jedną wielonurtową partię/ruch antykapitalistyczną wszystkich środowisk radykalnej lewicy. Ale najpierw musimy się dogadać w ramach własnego środowiska politycznego. Na razie kryzys kapitalizmu nie zaowocował płodną dyskusją programową na lewicowych forach dyskusyjnych. Pierwszy krok może należeć do nas. Przygotowuę odezwę 1-majową, która będzie wywołaniem kilku kwestii programowych. Na razie tyle. Idę mościć wraz z innymi naszą „piwniczną izbę”. |
|
Zmieniony ( sobota, 18. kwiecień 2009 09:20 )
|
|
Nie mam czasu na głupstwa |
|
|
|
|
Wpisał Administrator
|
|
piątek, 10. kwiecień 2009 08:43 |
Właśnie wróciłem z Zielonej Góry. Przeczytałem wpisy na liście. Włos mi dęba stanął. Okazało się, że osiem lat walki i pracy w Sejmie można sprowadzić do jednego głosowania. Owszem wstrzymałem się wtedy od głosowania w sprawie NATO. To było kiepskie. Należało głosować przeciw. To głosowanie miało wymiar symboliczny. A myśmy coś tam realnego załatwiali i taka konfrontacja wydawała nam się zbędna. Tak, wtedy załatwialiśmy ustawy, które konkretnym ludziom dawały konkretne prawa, korzyści, możliwości. Jak się już tam jest to się gra, żeby coś dla ludzi ugrać. Pamiętam pierwszy „wielki” sukces. Czarek Miżejewski wywalczył ustawę azbestową. Zakazywano azbestu, ale nikt nie chciał pamiętać, że wraz z azbestem na śmietnik mieli trafić schorowani od jego wdychania pracownicy. Pracownicy po uchwaleniu przynieśli nam pierwszy egzemplarz ustawy oprawiony w ramki. Wisiał na honorowym miejscu w siedzibie koła PPS. Były w niej urlopy, opieka zdrowotna, odszkodowania, słowem osłony socjalne dla tysięcy pracowników branży azbestowej. Nie pamiętam, o co zabiegaliśmy, kiedy dałem ciała z tym NATO, ale z pewnością wtedy musiało mi się wydawać ważniejsze niż demonstracja niezłomności. Potem przyszło utworzenie komisji ds. polityki regionalnej, walka o wpisanie deklaracji majątkowych do ordynacji podatkowej, wreszcie walka z lex Blida, którą wygraliśmy dopiero stając do wyborów prezydenckich i blokując w czasie kampanii eksmisje. Tych walk, zmagań, takich jak choćby usunięcie tzw. popiwku wspólnie z zespołem posłów związkowych OPZZ i marszałkiem Małachowskim, który należał do spisku, było mnóstwo. Wtedy część z nas upijała wiceministra finansów w knajpie sejmowej, a marszałek z premedytacją wyczytywał poprawkę niewyraźnie. I przeszło. Ja rozumiem ówczesne reakcje radykałów. Ikonowicz zdradził. Dla nich, którzy mogli uprawiać politykę wyłącznie w warstwie symbolicznej, tylko ta warstwa była ważna. I nie mam pretensji, że wtedy tak reagowali. Rozumiem też i tych, którzy nie mogą odżałować, że w Sejmie nie ma już takich przyzwoitych lewicowców jak ja, Czarek Miżejewski czy Andrzej Lipski. Szkoda, ale nasze 5 minut minęło. System okrzepł i się uszczelnił. Przyszedł czas trudny, kiedy i przede mną stanęło widmo, że swoje działanie sprowadzę do dawania świadectwa. Nie umiem się jednak pogodzić z takim uprawianiem polityki i przeżywaniem życia. Dlatego otrząsnąłem się i zacząłem znów robić rzeczy realne. Sprawa Krzyżaniaka, związkowca zwolnionego z supermarketu to nie jest jeszcze jedna z serii potyczek. To walna bitwa a stawką jest prawo do zrzeszania się w związki zawodowe. W prawie naszym jest kolizja norm. Jest sprzeczność między przepisem, który zatrudnionym na czas określony daje tylko prawo do odszkodowania, a pracodawcy prawo do nie podawania przyczyny zwolnienia, a przepisami anty-dykryminacyjnymi. Oczywiście sąd rejonowy raczej się nie odważy wydać wyroku, na podstawie uznania, że przepisy anty-dyskryminacyjne są przepisami wyższego rzędu niż norma szczegółowa określająca zatrudnienie na czas określony. Pójdziemy więc z tą sprawą do końca. Będzie apelacja, kasacja, a jeśli trzeba to Strasburg. O wynik jestem spokojny. Recypowane z UE normy anty-dyskryminacyjne sprawiają, że to pracodawca musi udowodnić, że zwolnił Piotrka z przyczyn innych niż działalność związkowa. A jest to w świetle materiału dowodowego praktycznie niewykonalne. Ostatnio pani z kadr zeznała, że przyczyna mogło być skasowanie (Piotrek pracował na kasie) kilograma mięsa mielonego jako kilograma kości, różnica w cenie kilku złotych), nawet sąd się uśmiechnął, gdy to usłyszał. Na godziny przed wyjazdem do Zielonej Góry pisałem skargę na czynności Andrzeja Kulągowskiego, szefa Krajowej Izby Komorniczej, który próbuje zlicytować kobiecie mieszkanie z powodu długu rzędu kilkunastu tysięcy złotych. Nasze realne działania dają realne skutki. Korzystne dla lokatorów wyroki i postanowienia sądów pozwalają im zachować dach nad głową. Opowieści o tym, że ci ludzie, gnojeni przez system prywatnej własności są akurat para-proletariatem, bo nie pracują w przemyśle ciężkim albo lekkim, wydaje mi się kompletnie oderwane od rzeczywistości. A porównywanie ochroniarzy robiących na okrągło za kilka złotych na godzinę z nigdy nie pracującymi i żyjącymi z zasiłków Murzynami z Harlemu to już jakieś nieporozumienie. Dla mnie ci ludzie to proletariat, tyle, że nie wielkoprzemysłowy, a post-industrialny, pracujący głównie w sferze usług i podległy nieludzkiemu wyzyskowi. Najbardziej nawet rewolucyjna teoria nie jest nic warta, gdy jest oderwana od rewolucyjnej praktyki. Walka o mieszkania jest dziś jednym z frontów walki klasowej. To prawda, że część ludzi, których organizujemy i bronimy, to członkowie niższej klasy średniej. To sfrustrowani i deklasowani drobnomieszczanie, których rewolucyjny potencjał zachwalał Włodzimierz Iljić. Rzeczywistość walk społecznych zawsze wyprzedza teoretyczne rozważania. I fakt, że do KSS przychodzą ludzie, którzy głosowali na PO, jest tego widomym znakiem. To wszystko można przekuć w politykę anty-systemową i my to w KSS i NL robimy. Będziemy to jednak mogli robić o tyle o ile okażemy się dla ludzi uciskanych użyteczni. Siedzenie i mądrzenie się użyteczne nie jest, tak jak samo bieganie i machanie flagami. Symbole nabierają wagi dopiero w kontekście realnych działań społecznych. 1 maja będzie nas więcej niż w zeszłym roku. Trochę więcej. Ale to i tak dużo w kraju, gdzie połowa chce głosować na Platformę, a reszta na PiS i SLD. Ludzie pójdą z nami, bo ten rodzaj organizacji, który tworzymy pozwala na efektywną obronę ich interesów. I nie jest symboliczne, ani wyłącznie teoretyczne. I w tym kontekście szczególnie wredne wydają mi się uwagi, że taka działalność może uzyskać od systemu koncesję, bo nie jest dość rewolucyjna. Pięć wniosków o fundusze bez odpowiedzi, grzywny dla blokujących, dwa moje wyroki karne wykluczające mnie z czynnej polityki wyborczej, świadczą o czymś przeciwnym. Kiedy założę pomarańczowy kubraczek, żeby poddać się półrocznej każe ograniczenia wolności, pomyślę sobie, że prawdziwi rewolucjoniści z politowaniem kiwają głowami nad naszą naiwną charytatywno-socjaldemokratyczna działalnością. To prawda, że chcemy 1 maja być na Pradze, właśnie dlatego, że jest tam proletariat, który nie ma daczy i chodzi wypoczywać do parku miejskiego i trzeba być elitarnym bufonem, żeby ironizować, że dlaczego nie do Grójca? O wynik naszego partyjnego nieporozumienia jestem spokojny. Nikt przecież nie powstrzyma naszych działań, a to one, tworzą ruch. Nie mamy czasu na kłótnie, przepychani i połajanki z kimś, kto nigdy nic nie zrobił dla innych, bo nie umiał? Nie chciał? Nie miał czasu? I raczej go już nie znajdziemy. Ten ruch nie potrzebuje kierownictwa tych, którzy nic nie robią. |
|
Zmieniony ( piątek, 10. kwiecień 2009 09:08 )
|
|
Jestem socjalistą. Komunistą. |
|
|
|
|
Wpisał Administrator
|
|
niedziela, 05. kwiecień 2009 09:38 |
Jestem socjalistą. Komunistą. I dlatego antykapitalistą. Wierzę nie tylko w konieczność przezwyciężenia kapitalizmu, ale, że człowiek potrafi zbudować ten lepszy, sprawiedliwszy ustrój.
Przeczytałem w El Pais, to taka hiszpańska Gazeta Wyborcza, że Lula jest tak uwielbiany przez Brazylijczyków i przez przywódców krajów G20, że ma kłopot, co zrobić, kiedy nie będzie już prezydentem, a kończy mu się druga i ostatnia zgodnie z Konstytucją kadencja. Sam autor artykułu, niby mimochodem przyznaje, że ludzie ubóstwiają Lulę nie za jakieś konkretne dokonania, tylko za styl uprawiania polityki. Z Lulą chciała się fotografować królowa. Wyrywali go sobie z rąk Obama, Merkel i Sarkozy. Nie kto inny bowiem jak Ignacio Lula da Silva, prezydent Brazylii, legendarny przywódca związkowy i ludowy, który zdradził biedaków i tryumfalnie wszedł na polityczne salony, może powstrzymać Chaveza i jego boliwariańską rewolucję na kontynencie południowo-amerykańskim. Żeby odnieść sukces wystarczy być grzecznym. Wtedy media, które podszywają się pod opinię publiczną, jednocześnie ją kształtując będą jeść ci z ręki. Dwie kadencje zaliczył też Kwaśniewski i to dokładnie na tej samej zasadzie. Mówił każdemu to, co ten chciał usłyszeć. Mówił na tyle ogólnikowo, żeby się nikomu nie narazić. Nie inną zresztą drogą podąża Donald Tusk. Im wyraźniejsze, ostrzejsze konflikty, tym bardziej masową wyobraźnię zamula polityczne mydło „FA”. Wyobraźmy sobie jednak, że kryzys doprowadzi do czegoś więcej niż pompowanie kolejnych bilionów w niewydolny i nieracjonalny światowy system finansowy. Że zamiast uchwalonego w Londynie biliona dolarów „świeżej krwi” dla spekulantów, na ulice wychodzi miliard ludzi i żąda zmian. Co wtedy? Jaka jest w takiej sytuacji waga wszystkich partii anty-kapitalistycznych na świecie z ich historycznym balastem, brakiem wizji alternatywnej, werbalnym radykalizmem i gotowością do „Lulizacji” po pierwszych udanych wyborach? Istnieją oczywiście grupy, grupki, sekty, którym się wydaje, że będą bolszewikami. Ich też przecież była garstka, ale pod wodzą Lenina umieli złapać w żagle wiatr historii i odcisnąć piętno na historii ludzkości. Myślenie jest proste. Z braku ruchu masowego, będziemy trwać, działać, rozwijać się jako awangarda. Gdy przyjdzie czas będziemy gotowi stanąć na czele. Na tym poziomie refleksji to już tylko zostaje nam za zdesperowanymi patriotami i przegranymi powstańcami modlić się o „wielką wojnę narodów”. Tylko bowiem wojna światowa mogła stworzyć ruchy tektoniczne, które rewolucję bolszewicką umożliwiły. Zostawiając czekających na nową falę historycznego przypływu kandydatów na bolszewików, lepiej przyjrzeć się tym ruchom nowo lewicowym, które zdają się głosić nowe idee, które próbują nadążyć za współczesnością. I tu również spotyka nas rozczarowanie. Każda próba lepienia w jedna całość ruchów feministycznych, ekologicznych, gejowsko-lesbijskich z rozmaitymi „wrażliwościami” trockizmu aż po maoizm jest być może szlachetnym poszukiwaniem jedności ruchu, ale nie rodzi sama przez się tożsamości ruchu świadomego celu, jakim jest przełamanie neoliberalnego kapitalizmu i zaproponowanie jakiejś alternatywy. Ten kryzys intelektualny lewicy widać zwłaszcza wtedy gdy jakimś zrządzeniem historii pojawia się szansa na zastosowanie teorii w praktyce. Wielu radykałów z niesmakiem odrzuca rewolucję boliwariańską w Wenezueli jako nie dość radykalną, klasową rewolucyjną. Tymczasem Hugo Chavez najwyraźniej szuka teorii, którą miałby zastosować, ale jakoś nie może jej znaleźć. Stąd to miotanie się. Jednego dnia wielbi publicznie Trockiego potem Lenina, aby za chwilę ulec fascynacji Gramscim. Gości po kolei najtęższe umysły nowej lewicy, ale wciąż jest skazany na eksperymentowanie, bo teoria przeobrażenia drogą demokracji parlamentarnej kraju kapitalistycznego III świata w kraj socjalistyczny po prostu nie została napisana. Gdy w Argentynie zapalił się asfalt, ludzie wyszli na ulice walić w garnki, urządzono stołówki ludowe i na tym koniec. Lewica była w tym procesie intelektualnie nieobecna, bo nie miała oferty. Kiedy w działaliśmy w podziemiu, na powielaczach drukowano broszury Guy Sormana, ale także ramoty von Hayeka, mądrości Miliona Friedmanna. Rewolucja, neokonserwatywno-liberalna miała doskonałe oprzyrządowanie teoretyczne i zanim przyszła, aby wywołać obecny kryzys, została starannie zaplanowana. Tymczasem lewica tkwiła w letargu, bezskutecznie nasłuchując kolejnych wystrzałów z Aurory. Rezultat tej abdykacji rozumu po lewej stronie najtrafniej opisał Benjamin Barber, pokazując świat, w którym McŚwiat mierzy się z Dżihadem. Kapitalizm ma o wiele łatwiejszego przeciwnika, nacjonalistyczny fundamentalizm. Lewica nie jest już głównym aktorem na scenie światowego konfliktu. Świat biednego Południa broni się przed kapitalistycznym Zachodem, przed kulturową kolonizacja, za którą idzie społeczne upodlenie i ekonomiczna podległość. Walka klas została skutecznie zastąpiona „zderzeniem cywilizacji”. Dawni marksiści i rewolucjoniści tacy jak niegdysiejsze OWP przechodzą na pozycje kolaboracji z imperializmem, podczas gdy konsekwentny opór stawiają już tylko fundamentaliści z Hamasu. Oderwanie się lewicy od ruchów emancypacyjnych Trzeciego Świata podkreśla dobitnie jej nieobecność na płonących arabskich przedmieściach Paryża. Tak się jednak składa, że proletariusze wielu krajów kapitalistycznych metropolii to przede wszystkim imigranci i potomkowie imigrantów. Ich nieobecność w ruchach radykalnej odbiera tym ruchom ostrze klasowe. Na pytanie, dlaczego tak się dzieje nie jest jednak wcale już tak łatwo odpowiedzieć. Brak wizji porządku po-kapitalistycznego jest tylko częściowym wytłumaczeniem. Póki co, świecie masowej wyobraźni walczą ze sobą dwie ideologie. Ideologia jedynie słusznej drogi opartej na świętej własności prywatnej, spekulacji i maksymalizacji zysku jako czynników nowoczesnego rozwoju i ubóstwianego wzrostu z jednej strony oraz ideologia broniąca wspólnoty, którą łączy kultura, religia i to, że jest ona obiektem podboju ze strony bogatego Zachodu i jego korporacji. Lewica koncesjonowana, socjaldemokraci żyrują system wyzysku i dominacji, nie odgrywając roli prawdziwej opozycji wobec systemu. Natomiast lewica anty-kapitalistyczna oscyluje między nostalgicznym sekciarstwem, a próbą dostosowania się do wymogów gry wyborczej, która pozwoli ulżyć losowi ludzi mniej zamożnych za cenę rezygnacji ze zmiany systemu. Jest to tym łatwiejsze im bardziej mglista jest wizja tego, co powinno nastąpić po kapitalizmie. Łatwiej się zdradza coś, co praktycznie prawie nie istnieje. Wiele osób kojarzy nową lewicę z wybuchem buntu z maja 1968 roku. To prawda, że powstało wtedy wiele interesujących tekstów. Niestety jednak nie były to wizje na tyle czytelne, aby można je było napisać prostym, zrozumiałym dla mas językiem. Genialne wizje pisze się bowiem tak prosto, jak prosto napisany jest Manifest Komunistyczny. Tymczasem Marcuse’ego i Habermasa czyta się tylko w kręgach intelektualnych. I tylko tam są jako tako zrozumiałe. Jestem przekonany, że zamiast powtarzać w kółko, że inny świat jest możliwy, można go zacząć wymyślać. I, że bez takiego wymyślania, ze wszystkimi jego błędami i naiwnościami nie zaczniemy jako lewica schodzić z bocznego toru historii. Nie jest bowiem prawdą, że sam nierównomierny rozwój kapitalizmu doprowadzi samoczynnie do jego przezwyciężenia. Potrzebna jest jeszcze myśl i tej nam brakuje. Ostatnio spieraliśmy się o to czy ruchy narodowyzwoleńcze, takie jak Hamas są obiektywnie postępowe czy reakcyjne. To jest spór, który wymaga rzetelnej kontynuacji. W jakiej formie wnosić świadomość do palestyńskich mas, które znajdując się w kolonialnej opresji toczą bój na śmierć i życie? Poprzez wpływanie na Hamas? Podkopywanie wpływów Hamasu? A może trzeba poczekać na przełamanie owego neokolonialnego ucisku, uznając, że w niepodległym państwie palestyńskim Hamas okaże się reliktem epoki walki i będzie musiał ustąpić nowoczesnym ruchom artykułującym precyzyjniej interesy poszczególnych grup społecznych? Kolejnym polem ważnych dyskusji jest pojęcie nacjonalizacji wersu uspołecznienia środków produkcji, własność grupowa (np. załogi) a własność ogólnospołeczna (np. kopaliny) pod warunkiem uspołecznienia państwa, czyli odebrania mu dotychczasowej roli komitetu wykonawczego interesów burżuazji. Dalszy problem pojawi się przy planowaniu gospodarczym, którym należy jak sądzą zastąpić tzw. mechanizm rynkowy. Niektórzy twierdzą, że sznurka do snopowiązałek brakowało, bo za PRL-u nie było dość potężnych maszyn liczących. Podobny spór o skuteczność zastosowania tablic przepływów międzygałęziowych Leontieffa pojawił się dziś w Wenezueli. W każdym razie komputery już są. Najlepiej opracowane wydaje się dziś zagadnienie modelu rozwoju, choć w kwestiach energetycznych wiele jest jeszcze wątpliwości. Nie jest natomiast dyskusyjne przeciwstawienie kategorii rozwoju zrównoważonego społecznie i ekologicznie bezmyślnemu (roślinnemu) wzrostowi gospodarczemu fetyszyzowanemu przez rynkowców. W dziedzinie polityki główna dyskusja powinna się skupić nad zastępowalnościa demokracji przedstawicielskiej różnymi formami ludowładztwa opartymi na technicznych możliwościach jakie dają nowe środki przekazu i komunikacji. (Jeśli jesteś za budową obwodnicy przez Rospudę wyślij SMS-a ze słowem „tak” po numer; jeżeli jesteś za przywróceniem kary śmierci wystarczy, że wyślesz e-mail pod adres…, itp.) W wielu z tych spraw wypowiadali się ludzie mądrzy. W sposób ostry i nie budzący wątpliwości potrafili oni zarysować istniejące opcje i różne ich konsekwencje. Naszą sprawą jest dokonać wyboru i go uzasadnić. Niecelowe wydaje się jednak chowanie za autorytetami i unikanie odpowiedzialności za wybór naszej, nowolewicowej drogi. Ważne jest też zgromadzenie literatury potrzebnej do rzeczowej, opartej na wiedzy a nie intuicjach li tylko rozmowie na poszczególne tematy. Żeby temu wszystkiemu jednak nadać realny wymiar warto byśmy sobie uświadomili, że jesteśmy jedną z bardzo wielu grup, grupek na świecie, które na swoją skromną miarę próbują się przyczynić do wytyczenia drogi. Postawy wielkościowe mogą nam tylko w tej pracy zaszkodzić. A ich pokusa nie wynika z naszej intelektualnej potęgi, tylko z otaczającej nas mizerii. |
|
Zmieniony ( niedziela, 05. kwiecień 2009 09:43 )
|
|
Wpisał Administrator
|
|
piątek, 27. luty 2009 10:31 |
Nie do końca rozumiem, dlaczego pod moim wywiadem na lewica.pl rozgorzała dyskusja na temat Polskiej Partii Pracy. Moje sprostowanie o tym, że ani PPP ani Racja to nie są partie anty-systemowe zostało niesłusznie poczytane za zniewagę. A polega to na prostym nieporozumieniu. Anty-systemowość, przynajmniej tak jak ja rozumiem to pojęcie, to nie tylko krytyczny stosunek do panującego systemu społeczno-gospodarczego, ale też dążenie do zmiany tego ustroju. Oczywiście podstawą takiego dążenia jest wizja przyszłych, nowych, niekapitalistycznych stosunków społecznych. Tym się różnią prawdziwi komuniści, lewacy, od socjaldemokratów, że posiadają wizję ustroju, jakąś utopię, o która się biją. Tymczasem socjaldemokraci są pragmatykami i dążą do przeprowadzenia reform, które uczynią kapitalizm znośniejszym, ale nie czymś innym jakościowo. Myślę, że nie byłoby tego całego oburzenia gdybym od razu wyjaśnił, że Nowa Lewica też nie spełnia tego podstawowego kryterium „anty-systemowości”, tj. wizji ustrojowej tego, co ma być po kapitalizmie jeszcze nie posiada. Myślę, że właśnie dzisiaj, kiedy kapitalizm trzeszczy a neoliberalne mity, jeden, po drugim obala rzeczywistość, dobrze jest zasiąść do dyskusji o tym, co nastąpi po kapitalizmie, a może o tym, co się musi stać, abyśmy już mogli mówić o nowym ustroju. W jakiejś mierze początkiem tego typu rozważań może stać się panel o ‘rewolucji boliwariańskiej” 4 marca, na którym będę miał do czynienia z rzecznikiem twardej, neokolonialnej linii poprzedniego amerykańskiego prezydenta USA red. Stasińskim. Niektórzy uważają, że prawdziwy rewolucjonista nie idzie na kompromisy albowiem jego głównym zadaniem jest bycie szlachetnym. Oczywiście komuś tak zdefiniowanemu ja nawet do pięt nie dorastam, bo prowadzenie działalności zupełnie nieskutecznej w warunkach prawie całkowitej anonimowości wydaje mi się nudne i jałowe. Stąd moje przekonanie, że start do Sejmu z listy Samoobrony to było dobre posunięcie. Dzięki temu jestem znowu od czasu do czasu w mediach. A „pchanie się przed kamery” jest dla lewicy (radykalnej, szczerej, ideowej) obowiązkiem podstawowym. Głównym, bowiem problemem społecznym w Polsce jest anomia, atomizacja oraz fałszywa świadomość. Rezygnacja z wypowiedzenia się od czasu do czasu w TV, radiu czy na łamach prasy, mainstreamowych (wielkonakładowych, masowych) może być usprawiedliwiona tylko taką masowością ruchu, że komunikat polityczny może on przekazywać społeczeństwu wprost na ulicy podczas milionowych demonstracji. Dlatego wzajemne połajanki za to, że ktoś pcha się do mediów są bez sensu. Zasługuje to na potępienie tylko, jeżeli nie służy Sprawie, a wyłącznie lansowaniu jednostki, która pragnie zrobić karierę. Żeby wszystko to, co robimy, pikiety, demonstracje, konferencje, strajki, marsze, głodówki itp. miało sens i mogło zostać powielone i zwielokrotnione, ludzie muszą się o tym dowiedzieć. Info na lewica.pl i indymediach niestety nie wystarczy. Dobrze by oczywiście było gdybyśmy porozmawiali od czasu do czasu, żeby spróbować uzgodnić treść komunikatu, który chcemy przekazać społeczeństwu. W przeciwnym razie w imieniu lewicy będzie dalej bełkotał jakiś Sierakowski. Jest czymś bardzo zastanawiającym, dlaczego „Krytyka polityczna” nigdy nie opublikowała tekstu żadnego prawdziwego radykała. Odpowiedź jest prosta. Bo tego nie obejmuje ich koncesja na udawanie lewicy, za całkiem niezłe pieniądze od sponsorów, którzy prawdziwej lewicy sobie nie życzą, więc lansują farbowaną. Między naszymi mikroskopijnymi partyjkami panuje odwieczna rywalizacja na temat tego, kto z nas jest najmniej mikroskopijny. Tymczasem partie nieliczne, a nieliczne są również PiS i PO, istnieją tylko o tyle o ile są obecne w zbiorowej wyobraźni. Okres partii masowych wyraźnie minął. Dlatego będę bronił pomysłu jednej wielonurtowej partii radykalnej lewicy, która łącząc siły i talenty kilku środowisk ma teoretyczne szanse na istnienie wirtualne, które dziś jest być może równie ważne jak to realne, jeżeli o nim nikt nie wie. Paradoksalnie dziś pragmatyzm nie służy medialności. Kreślenie wizji przyszłości pokapitalistycznej będzie się lepiej sprzedawać niż trucie o reformach. W czasach, kiedy znany nam świat się wali, ludność goni do wróżek i wróżów, należy zacząć myśleć i wieszczyć, a nie dalej cwaniakować. Pamiętam te dyskusje z czasów opozycji demokratycznej, stanu wojennego. Myśmy wtedy skakali sobie do oczu o to jak będzie Polska i świat wyglądał. I każdy miał inną wizję, ale takie wizje były, od socjalistycznej po ultraliberalną i neokonserwatywną. Dziś wszyscy łącznie z tzw. lewicą stali się nagle konserwatystami, bo nie projektują żadnego przełomu. Namiastka dyskusji zaczęła się za sprawą „les enfants terrible” naszej lewicy, Ewy i Włodka Bratkowskich. Wprawdzie są scholastycznymi marksistami, ale źdźbła w naszych oczach widzą i one tam są! |
|
Zmieniony ( sobota, 28. luty 2009 09:26 )
|
|
Dlaczego nasi nie garną się do Partii? |
|
|
|
|
Wpisał Administrator
|
|
sobota, 21. luty 2009 09:18 |
Jarek Niemiec w Lublinie zebrał już kilkanaście osób w Kancelarii. Ludzie są już gotowi do działań społecznych, do politycznych o wiele mniej. Działacze społeczni, którzy w dużej mierze identyfikują się z Nową Lewicą, mają kłopot ze zrobieniem następnego kroku, z afiliacją. A przecież najnowsza historia uczy nas, że to właśnie brak partii, organizacji politycznej pracowników, sprawił, że tak łatwo miliony ludzi „Solidarności” oszukano. Żeby zrozumieć, dlaczego tak jest, należy się przyjrzeć całości sceny politycznej i systemu politycznego w Polsce. Wszystkie, nawet te parlamentarne i rządzące, mają charakter wyborczy. Ich struktury ożywiają się, a oni zaczynają przychodzić na zebrania, gdy zbliża się termin kolejnych wyborów. Na co dzień w ich biurach niewiele się dzieje, bo poza kampaniami nie prowadzą właściwie żadnej działalności skierowanej na zewnątrz do wspólnot lokalnych, środowisk zawodowych, itp. Ich energia między wyborami kieruje się do wewnątrz na spory i przepychani o stołki partyjne, które w przyszłości mają zaowocować miejscami na listach wyborczych i posadami. Siłą rzeczy takie partie zrzeszają tylko tych, którzy próbują zrobić karierę w polityce, albo załatwić sobie za pomocą partii jakąś posadę w samorządzie czy nawet strukturach centralnych państwa. Powstała niedawno we Francji Nowa Partia Antykapitalistyczna (NPA) liczy na stracie ok. 9 000 członków. W Polsce byłaby jedna z najliczniejszych, jeżeli nie najliczniejsza partią. Z tą jednak różnicą, że członkowie NPA są przyzwyczajeni do działania na co dzień, większość z nich to żarliwi, hiperaktywni ideowcy, podczas gdy członkowie PO i PiS czy SLD to bierni karierowicze czyhający głównie na korzyści osobiste. Trudno się więc dziwić, że dla większości ludzi w Polsce działalność partyjna jest czymś z gruntu i z zasady nieuczciwym, przejawem egoizmu grupowego, pięcia się w górę kosztem innych, kosztem większości społeczeństwa. A to również, dlatego, że te partie, które dochodziły kolejno do władzy po 1989 roku, prowadziły nieodmiennie politykę sprzyjającą interesom uprzywilejowanej mniejszości, kosztem większości, a zwłaszcza kosztem pracowników. Jeżeli do tego dołożymy znany fakt, iż SLD i pochodne doprowadziły do tego, że słowo „lewica” dla większości społeczeństwa brzmi jak obelga, to przestaniemy się dziwić, że działaniom społecznym nie towarzyszy szybki wzrost szeregów partyjnych. To dotyczy wszystkich naszych środowisk. NL zorganizowała Kancelarię Sprawiedliwości Społecznej, której działacze nawet bez wahania niosą nasze sztandary, ale bardzo niewielu z nich decyduje się wejść do aktywnej polityki. Pracownicza Demokracja, która stworzyła, organizowała i to znakomicie ruch antywojenny, tez nie wzrosła dzięki temu liczebnie, ponad nasza radykalno-lewicowa normę. Sądzę też, że podobny problem ma Polska Partia Pracy, która mimo unii personalnej (przewodniczący) - ze związkiem zawodowym, aktywnym i radykalnym, nie znalazła recepty na współmierny do siły związku wzrost szeregów partyjnych. Wyniki kolejnych wyborów pokazują, że ludzie, z którymi na co dzień współdziałamy społecznie w sprawach lokatorskich, pracowniczych i każdych innych, głosują na wielkie partie burżuazyjne albo nie głosują wcale. Znaczy to, że albo mają fałszywą świadomość, albo ich świadomość pozostaje przed polityczna. Nadchodzący kryzys wyzwoli energię społeczna, zmusi ludzi do różnych form oddolnej samoorganizacji. Gdyby do tego czasu powstał projekt polityczny, który taka samoorganizację ułatwia, łączy, a nie dzieli zbuntowane środowiska i daje poczucie uczestniczenia w ruchu dokonującym zmian na lepsze dla ogółu, to lewicowe uobywatelnienie społeczeństwa okaże się możliwe. Trzeba by o tym wspólnie pogadać. Nie sposób bowiem pozostać na etapie związkowym i stowarzyszeniowym, skoro wiemy, że usunięcie barier systemowych dla ruchu społecznego i spełnienia postulatów tego ruchu leży w sferze polityki, władzy ustawodawczej. Choremu potrzebna jest operacja, a nie okłady z babki lancetowatej! W tym celu trzeba ludzi przekonać o tym, że wiemy jakich zmian trzeba dokonać i że są to zmiany dla nich korzystne. W tym celu musimy pchać się przed obiektywy kamer, bo ruch nie jest masowy i innej drogi po prostu nie ma. Dlatego zarzucanie komukolwiek na lewicy, że próbuje się nagłaśniać jest absurdalne. Nagłaśniajmy się razem, a nie we wzajemnej konkurencji. Uzgodnijmy komunikat i przebijajmy się z nim do świadomości społecznej. Radykałowie, mniejsi i więksi, którzy się ciągle spotykają na ulicy, w walce, na akcjach, powinni usiąść do stołu, a nie wyrywać sobie mikrofon. Na tym kończę, bo za godzinę rozpoczynamy kolejny „subotnik”, drugi etap remontu kapitalnego sutereny, w której zostanie otwarty kolejny punkt KSS. Tym razem na Grochowie, nieopodal bazaru Szembeka.
|
|
Precz z cenzurą, dogadujmy się |
|
|
|
|
Wpisał Administrator
|
|
piątek, 20. luty 2009 08:38 |
Mam jedną radosną wieść i jedną sprawę smutną do omówienia. Zacznę od tej radosnej. Nasz działacz, Darek, z zawodu hydraulik dostał nakaz opróżnienia lokalu należącego do Wojskowej Agencji Mieszkaniowej. Lokal zajmował jako dozorca na podstawie umowy o pracę. Gdy tę umowę rozwiązywano za porozumieniem stron zapewniano Darka, że mieszkania nie utraci. Potem nakazano mu się wynieść i naliczano karny, potrójny czynsz. Po interwencji Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej prezes WAM uchylił decyzję warszawskiego oddziału WAM o nakazie opróżnienia lokalu i karnym czynszu. Darek jest fantastycznym facetem i bierze uczynny udział w naszych działaniach i akcjach. Między innymi jest nieoceniony przy remoncie naszego nowego lokalu na Grochowie. Ta smutna kwestia to, to co zdarzyło się w Krakowie. NL się tam nie wybrała, bo zwyczajnie nie dajemy rady na wszystkich frontach jednocześnie toczyć bojów, a sprawy związane z Kancelarią i przygotowywaniem Partii do działań w warunkach krachu gospodarczego zupełnie nas pochłaniają. Do końca namawiał nas do udziału Filip Ilkowski. Jestem pewien, że w dobrej wierze, bo na manifach Inicjatywy Stop Wojnie, której czujemy się częścią, zawsze mamy okazję zabierać głos. Inaczej jest wtedy, gdy głównym organizatorem jest Sierpień’80 i PPP. Mi kilka razy już odmówiono dopuszczenia do głosu (mikrofonu) w takich wypadkach. Toteż świetnie wiem, co czuje Grześ Ilnicki, który pofatygował się aż z Gdańska, by się okazało, że jego organizacji zamknięto usta. Co czują ludzie z Niemiec i Grecji, nawet nie chcę się domyślać. Nie muszę dodawać, że taka postawa jest w naszym środowisku jednak czymś wyjątkowym. Zarówno Młodzi Socjaliści jak i NL zawsze dopuszczają do głosu wszystkich, którzy przyjdą. W tym działaczy PPP i Sierpnia. Bo takie są nasze obyczaje. Cenzurę zostawiamy prawicy. Cieszę się jednak, że MS tam byli, bo ze swoimi czerwonymi sztandarami wyglądali super i uratowali honor „czerwonych”. My też powinniśmy tam być, ale nie daliśmy rady. Przypominam jednak, że nie wolno się obrażać. Jest nas wszystkich za mało, żebyśmy sobie mogli pozwolić na chowanie urazy i dąsanie się. Trzeba się dogadywać na bazie programowej, bo to co idzie i tak nas przerasta. Co najmniej 1,2 mln rodzin od ponad 12 miesięcy nie obsługuje już swoich zobowiązań. To jest czas dla antykapitalistów. Dziś ludzie chętniej nadstawią ucha tym, którzy głoszą inne niż kapitalistyczne rozwiązania. Tylko trzeba pamiętać, że większość błędów to nie błędy Tuska czy Kaczora, ale błędy systemu opartego na spekulacji. Inaczej ścielemy drogę do władzy burżuazyjnym partiom wyborczym. A w Parlamencie Europejskim i PiS i PO stoją po jednej stronie, po stronie kapitału. Dlatego takie kroki jak przyjęcie posady u prezydenta przez Ryszarda Bugaja uważam za umacnianie systemu dwupartyjnego i oligarchizacji władzy, bez żadnej korzyści dla ludzi. Powiedzmy otwarcie, to zwyczajna zdrada. To nie znaczy, że nie jesteśmy gotowi się włączyć do działań wymierzonych w politykę rządu. Między innymi, po to żeby poszerzyć zakres ataku o kwestie ustrojowe. A za dotychczasowe działania trzymamy kciuki. |
|
Zmieniony ( piątek, 20. luty 2009 08:45 )
|
|
Wpisał Administrator
|
|
wtorek, 17. luty 2009 20:51 |

U księżnej Tarkowskiej od trzech dni nie ma chleba. Tak nam przynajmniej powiedział pan Waldek, którego wieźliśmy z prowadzonego przez arystokratkę przytułku na Mszczonowskiej do przychodni w Ursusie po recepty. Hrabini, czy tam księżna ściąga z bezdomnych po 250 złotych, bierze dotacje od gminy i kombinuje. Makaron zamiast chleba, dwie godziny ogrzewania na dobę. Pan Waldek powiedział też, że mieszka z nim taki jeden, co to sobie specjalnie stopy odmroził, żeby mu je obcięli. Teraz ma „rentę i żyje sobie jak król.” Tę wyprawę na drugą stronę 35 torów kolejowych zarządziła Ewka Mianowska. On o kulach tylu torów przy tym śniegu nie pokona, przekonywała. Pojechaliśmy. Pan Waldek miał kiedyś sklepy, kupił w Ursusie ponad stumetrowy apartament. Kiedy jednak miał wypadek i trafił do szpitala, żoneczka zmieniła zamki. Jutro jest rozprawa. Wnieśliśmy pozew o przywrócenie posiadania. W końcu w połowie to jego mieszkanie, a nie są nawet rozwiedzeni. Oczywiście nie jesteśmy naiwni. Żona oskarża męża o znęcanie się psychiczne. Przekonujemy się jednak nawzajem z Ewką, że nie mógł zrobić nic takiego, za co zasługiwałby na los kaleki w przytułku hrabiny Tarkowskiej. Jeżeli przekonam jutro wysoki sąd pan Waldek zamieszka w jednym z pięciu pokoi swojego mieszkania. Dziś zacząłem nowa pracę. Uczę hiszpańskiego w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Kiedy jednak wyszedłem z zajęć moim oczom ukazali się zdenerwowani funkcjonariusze BOR-u i policjanci, którzy właśnie dzwonili po saperów. Mój powgniatany wszędzie stary fiat bez tylnej tablicy rejestracyjnej zaparkowany pod MSZ-tem wywołał panikę służb. BOR-wiec zwierzył mi się, że byli przekonani, iż pojazd, który tak wygląda jest z pewnością załadowany materiałami wybuchowymi. Jutro zajęcia zaczynam o 7:30. Postaram się zaparkować gdzieś dalej. Dziś odebrałem pierwszą stówę od chłopaka Kaśki Matuszewskiej. Zbieramy na czynsz dla Ani. Jej mężowi komornik na polecenie Tadeusza Miętusa zabrał całą rentę, a z 1180 złotych poborów zostawił tylko 100 złotych. Ugodziłem się z tym zbójem, że jak Ania zapłaci połowę żądanego przez niego czynszu, czyli 550 złotych, to odwoła zajęcia komornicze na dochodach męża. Ania nie daje już rady, bo pracuje w ochronie za 5 złotych na godzinę. Ludzie jak zwykle okazali się super. Jutro będę miał całą sumę. Interwencja u wyższych władz bram chyba przyniesie skutek i Liuba, wdowa po naszym koledze z Kancelarii dostanie wizę i będzie mogła nadal pracować w Polsce i posyłać kasę dwóm córkom na Ukrainę. Dopiero, co dostałem list od pewnej działaczki, która życzy nam Kancelarii wszystkiego najlepszego, ale nam NL życzy raczej, żebyśmy sobie odpuścili, bo od polityki jest kto inny. Ano zgoda. Ostatni wywiad na lewica.pl z politykiem, na którego stawia działaczka, dowodzi szybkiego kursu w lewo. Jest też oferta współpracy dla innych partii. Wygląda więc na to, że skoro niwelują się różnice programowe, niebawem wszystko się ułoży. Te blogi to jest coś niesamowitego. Można napisać cholernie dużo, cholernie mądrych tekstów i zero reakcji. Ale na blog wejdą i będą wyczytywać każde słowo. To po „jakie cholere” w ogóle pisać artykuły? Dziś miałem kolejną ofertę stanięcia na czele nowej formacji politycznej, która zamieni cały ten kryzys i ludzkie cierpienie na miliony głosów wyborczych. Żeby jeszcze uatrakcyjnić ofertę okraszono ją mglistą obietnicą etatu i zapewniono mnie, że oferta jest poważna, bo pochodzi z kręgu byłych obecnych lub przyszłych (nie pamiętam) służb specjalnych. Strach przed społecznym wybuchem sprawia, że tego rodzaju prowokacje będą coraz częstsze. I jeszcze chcę się podzielić moją radością. Wenezuela nie padła. Chavez wygrał referendum i powstrzymał tryumfalny pochód reakcji. Wielu mędrków twierdzi, że to nie żadna rewolucja tylko taka sobie byle jaka socjaldemokracja z „caudillo” na czele. Zaraz po rewolucji kubańskiej Carlos Puebla śpiewał z dumą, że teraz Kubańczycy jedzą już codziennie. Ci mądrale nie rozumieją, że dzięki tej „socjaldemokracji” w tym kraju inaczej niż we wszystkich dookoła, nikt nie głoduje. Że zniknęły dzieci ulicy, tak charakterystyczne dla większości krajów Ameryki Łacińskiej. Są w szkole, która jest publiczna i darmowa, a kubańscy lekarze je ważą i w razie potrzeby odsyłają na dożywianie. Ja nie spałem w nocy, bo się bałem, że ludziom opadną ręce, że nie mogąc się doczekać spełnienia marzeń, zostaną w domu. I wtedy wróciłyby faszystowskie elity, aby wymordować lewicę. Nie łudźmy się. Jakby dostali władzę to by rżnęli. Grają w demokrację, bo im pucz nie wyszedł. A tuż przed referendum, Chavez kazał aresztować pewną grupę spiskujących oficerów. Uff, dzieciaki nie będą głodne. Uff, Ameryka Łacińska dalej jest w szpicy globalnych przemian społecznych. Bo biedni dzięki rosnącej świadomości prędzej czy później mogą przegłosować bogatych.
|
|
|